Niedziela, minęła godzina dziewiąta wieczorem. Weekend przeciekł mi przez palce. Nie wiem gdzie i kiedy minęły mi te 48 godzin odpoczynku.
Chciałem coś napisać na blog. Nie napisałem. Chciałem zacząć pisać „na czysto” fragment podręcznika. Nie zacząłem. Chciałem zrobić sobie Sprawę i jakieś postacie. Nie zrobiłem. Nie wiem gdzie podział się czas.
Udało mi się tylko pograć w badmintona, pogadać ze znajomymi i pospacerować po jesiennym mieście.
Jesień, jesień…
Pierwszy prawdziwie jesienny weekend. Leniwy, melancholijny, mglisty..
Poszukiwanie tytułu ograniczyłem do dwóch pozycji:
- Ostatnia Opowieść
- Wspólna Opowieść
Liczę, że wkrótce się wreszcie zdecyduję.
(Ostatnia Wspólna Opowieść odpada, ponieważ a/ jest za długa i b/ kojarzy się z przygodą do Monastyru).
Idę na kubek herbaty…
Dlatego właśnie lubię jesienne weekendy
Mogę patrzeć bezkarnie przez okno, jak krajobraz zasnuwa się i rozsnuwa, w odcieniach barwiących się liści — i nie wyrzucać sobie, że NIC nie zrobiłem, bo po prostu nie chce mi się uruchamiać procesów “wyrzut sumienia”, czy “auto-motywacja” ;D
P.S. na uporządkowanie myśli, które potem zwykle owocuje motywacją do stworzenia czegoś, dobrze robi długi spacer po mieście z jakąś fajną książką na uszach (polecam Świat Dysku z ISIS AudioBooks). Umysł zajmuje się słuchaniem, a w tym czasie wewnętrzny defragmentator wszystko układa na właściwych półkach.
Pozdrawiam!
Do tego komentarza odnosnie nazwy OWO - mnie sie jeszcze kojarzy z Ostatnia Wspolna Wieczerza.
A jesien faktycznie jest mocno melancholijna, choc moja zaczela sie nieco inaczej i nawet jej atmosfera nawet przez chwile nie zmniejszyla zasobnosci moich bateryjek (nie pamietam juz kiedy moglem sobie spokojnie poleniuchowac ;). Jesien jest piekna - podobnie jak wiosna. Takie czasy zawieszenia.